poniedziałek, 06 lutego, 2012
logo-gora-left
logo-gora-right

Publicystyka

75 lat Kopca Józefa Piłsudskiego na Sowińcu – rozmowa z dr. Jerzym Bukowskim

jerzy- 6 sierpnia 1934 r. rozpoczęto sypanie Kopca Józefa Piłsudskiego na Sowińcu. Jak to się stało, że jeszcze za życia Marszałka postanowiono w tak monumentalny sposób Go uczcić?

- Stało się tak z inicjatywy Związku Legionistów Polskich, który postanowił uczcić 20. rocznicę wymarszu „Kadrówki” wzniesieniem oryginalnego pomnika na wzór prasłowiańskich kurhanów sławy. Pomysł zaakceptowała Rada Miasta Krakowa i prace na najwyższym wzniesieniu w Krakowie mogły ruszyć.

- Jak wyglądały prace nad sypaniem Kopca?

- Imponująco. Powołano specjalny komitet, który koordynował zakrojone na szeroką skalę roboty ziemne pod nadzorem fachowców. Na Sowiniec przyjeżdżało - zwłaszcza po śmierci Komendanta - wiele delegacji z różnych części kraju, a także Polonusi. Każda jednostka wojskowa brała za punkt honoru włączenie się w sypanie nietypowego monumentu. Bywały dni, że pracowało 10 tysięcy osób! Nic dziwnego, że kopiec wznosił się w górę bardzo szybko, a entuzjazm społeczny nie opadł aż do końca jego budowy, czyli do lipca 1937 roku.

- Kopiec Piłsudskiego nazywany jest również Kopcem Niepodległości i Mogiłą Mogił. Dlaczego?

- Jak już wspomniałem, zaczęto go sypać jeszcze za życia Marszałka, dla uczczenia rocznicy wymarszu „Kadrówki” oraz odzyskania przez Polskę suwerennego bytu po I wojnie światowej. W jego zboczach złożono kilka tysięcy ziem z pól bitewnych i miejsc kaźni, gdzie Polacy przelewali krew za Ojczyznę od 1794 do 1921 roku – stąd Mogiła Mogił. W sensie symbolicznym jest to miejsce pamięci narodowej równoważne znaczeniem grobom nieznanego żołnierza.

- Ten górujący nad Krakowem symbol idei niepodległościowej nie mógł budzić zachwytu u niemieckich okupantów i później, u władz komunistycznych…

- Już w 1941 roku starosta miejski Rudolf Pavlu otrzymał od generalnego gubernatora Hansa Franka polecenie zlikwidowania kopców Kościuszki i Piłsudskiego jako widomych symboli polskiej niepodległości. Na szczęście nie udało się to, bo po pierwsze nie jest łatwo zburzyć tak ogromną budowlę ziemną, a po drugie Niemcy mieli pod koniec wojny inne problemy.
   Komuniści potraktowali kopiec Piłsudskiego w podobny sposób: chcieli się go pozbyć z pejzażu miasta i dlatego obsadzili zbocza szybko rosnącymi drzewami, nie pozwalali na żadne prace konserwacyjne, a z planów Krakowa i z przewodników turystycznych wykreślili jego nazwę, zastępując ją enigmatycznymi określeniami: „kopiec na Sowińcu” lub „punkt widokowy na Sowińcu”. Starsi krakowianie żartowali, że jest to kopiec Nieznanego Marszałka. W latach 50. przy pomocy ciężkiego sprzętu wojskowego ściągnięto ze szczytu granitowy głaz z krzyżem legionowym, co spowodowało ogromną wyrwę w ziemi, którą popłynęła woda. W ten sposób wywołano sztuczną erozję

- Jak to się stało, że Kopiec jednak przetrwał?

- Do końca lat 70. nie wolno było się nim opiekować, chociaż krakowscy legioniści z niezmordowanym pułkownikiem Józefem Herzogiem na czele zasypywali władze miejskie i centralne petycjami w tej sprawie, argumentując, że jest to sanktuarium polskiej krwi. Wspomagali ich kombatanci 1939 roku, Armii Krajowej, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Niestety, działania te nie przynosiły skutku. Poparł je natomiast ówczesny metropolita krakowski, ksiądz kardynał Karol Wojtyła, który podczas organizowanych przez ojca Adam Studzińskiego OP spotkań opłatkowych legionistów w klasztorze dominikanów wyrażał solidarność z działaniami mającymi na celu ratowanie pamiątek przeszłości.
   Dopiero tuż przed 1980 rokiem grupie społeczników udało się rozpocząć „tajne” prace przy wycince drzew i krzewów, którym po cichu sprzyjał dyrektor Miejskiego Parku i Ogrodu Zoologicznego dr Józef Skotnicki (pełniący te funkcję do dzisiaj i niezmiernie nam życzliwy). U prezydenta Krakowa interweniował wtedy Konsul Generalny Związku Sowieckiego i nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie zmieniająca się atmosfera polityczna w Polsce.

- Od 1980 r. działa Komitet Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego, którego jest Pan przewodniczącym. Czym zajmuje się ta instytucja?

- Komitet powstał z oddolnej inicjatywy w ramach Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. Przez pierwsze 10 lat istnienia społecznie pracowaliśmy przy profilowaniu stoków kopca i odkopywaniu ścieżek, wycinając także wszystko, czym go obsadzono. Jedynymi narzędziami były taczki, łopaty, siekiery, kilofy. W okresie 16-miesięcznego „karnawału Solidarności” zdołaliśmy przyciągnąć wiele osób, zarówno starszych wiekiem, jak młodzież. 22 marca i 4 października 1981 roku zorganizowaliśmy pierwsze od 1945 roku sypanie ziem do Mogiły Mogił, m.in. z miejsc kaźni polskich oficerów w Związku Sowieckim w 1940 roku. W czasie pierwszej z tych uroczystości ostatni żyjący jeszcze przedwojenny generał Mieczysław Boruta-Spiechowicz wypowiedział pamiętne słowa: „Już świta!”.
   Stan wojenny spowolnił nasze prace, ale Komitet – jako część TMHiZK – nie został zdelegalizowany i mogliśmy nadal spotykać się na Sowińcu. Przychodzili działacze różnych organizacji antykomunistycznych, aby trochę pokonspirować z dala od centrum miasta, ale pracowali też fizycznie. Mówiliśmy wówczas, że każda wywieziona na wyższy poziom kopca taczka ziemi to kolejny gwóźdź do trumny komunizmu.
   Od 1991 roku remont prowadzony jest już przez profesjonalne firmy, a niemałe fundusze zapewniają Rada Miasta Krakowa i Społeczny Komitet Ochrony Zabytków Krakowa. W 1992 roku honorowy patronat na kopcem Józefa Piłsudskiego objął Sejm RP.

- W tym roku mija 75 lat od ukończenia sypania Kopca na Sowińcu. W jaki sposób zostanie upamiętniona ta rocznica?

- Jeśli zdobędziemy odpowiednie środki finansowe, może pokusimy się o jakieś wydawnictwo jubileuszowe. Być może urządzimy także kolejną ceremonię składania ziem przy okazji rozpoczęcia Marszu Szlakiem Pierwszej Kadrowej. Ostatnia odbyła się w 2010 roku, kiedy w polskiej Mogile Mogił złożyliśmy m.in. ziemię z miejsca katastrofy smoleńskiej.

Jerzy Bukowski – filozof, autor „Zarysu filozofii spotkania”, piłsudczyk, harcerz, publicysta, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie, przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego w Krakowie, były reprezentant prasowy śp. pułkownika Ryszarda Kuklińskiego w Kraju.

                                                        Rozmawiał: Przemysław Wywiał
   

Zamach terrorystyczny w Cytadeli

6_warszawa_317   13 października 1923 roku około godziny 9.00 wybuchła prochownia na terenie warszawskiej Cytadeli. Dwadzieścia osiem osób zginęło, a ponad 90 zostało ciężko rannych. Był to największy w okresie II RP zamach terrorystyczny, dokonany przez komunistycznych spiskowców.



   Od kwietnia 1923 roku dokonano w Polsce szeregu zamachów terrorystycznych, których celem była destabilizacja państwa. 20 kwietnia wybuchła bomba pod domem rektora UJ Władysława Natansona, 5 maja na krakowskim Kazimierzu w hotelu Kellera eksplodowała kolejna bomba, 15 maja doszło w Krakowie do kolejnego zamachu, tym razem w redakcji syjonistycznego „Nowego Dziennika”. Po trzech zamachach w Krakowie, doszło do serii wybuchów w Warszawie: 23 maja pod lokalem „Rzeczypospolitej”, a następnego dnia na parterze jednego z budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. Ładunek śmiertelnie ranił prof. Romana Orzęckiego, który znalazł się przypadkowo w miejscu eksplozji.

   5 sierpnia minister spraw wewnętrznych Władysław Kiernik na posiedzeniu Sejmu, wygłosił oświadczenie o wykryciu komunistycznej organizacji szpiegowsko-dywersyjnej. Wśród zatrzymanych 10 osób, znalazło się dwóch oficerów Wojska Polskiego. Wedle Kiernika aresztowana grupa planowała dokonanie ataków na szereg obiektów kolejowych i wojskowych.

   Eksplozja w Cytadeli była tak silna, że zaalarmowała całe miasto. Oprócz prochowni zostały zniszczone dwa sąsiadujące z nią budynki. Uszkodzone zostały także inne budowle na terenie Cytadeli,  a w wielu mieszkaniach na Muranowie,  Powązkach oraz Pradze powypadały okna.

   Jeszcze tego samego dnia rząd Wincentego Witosa ogłosił odezwę , w której napisano, iż „po próbach terroru przez rzucanie bomb w różnych miastach Polski i zamachach na urządzenia kolejowe, wybuch dzisiejszy jest nowym jaskrawym wyrazem bezwzględnej walki z państwowością polską – walki, prowadzonej od długiego czasu na różnych polach życia państwowego. (…) Na tym tle dokonana dzisiaj w stolicy zbrodnia miała sprowadzić w Państwie popłoch i zamieszanie, mające ułatwić żywiołom wywrotowym zadanie Państwu od dawna zamierzonego ciosu”. Równocześnie Rada Ministrów nadała ministrom spraw zagranicznych oraz sprawiedliwości specjalne pełnomocnictwa.

   Stanisław Stroński w „Rzeczypospolitej”  w artykule zatytułowanym „Ostrzeżenie”, zastanawiając się nad przyczynami zamachu, zwracał uwagę na sytuację panującą w Niemczech i Rosji Sowieckiej, podkreślając, że stało się niemal regułą, że w chwilach kryzysów i porażek polityki niemieckiej uaktywnia się antypolskie podziemie, dążące do osłabienia Polski. Redaktor „Rzeczypospolitej” pisał: „Niemcy są dzisiaj jednym wielkim kotłem, w którym zjawiska gospodarczo-skarbowe zupełnie bezprzykładne i napięcie przeciwieństw politycznych doprowadzone do ostateczności wzniecają wrzenie i rozstrój, a doświadczenie uczy, że w takich chwilach Niemcy, pragnąc i nas zarazić swoimi kłopotami, aby zabezpieczyć się przed jakąkolwiek przegraną, starają się wywołać wrzenie i rozstrój także i u nas”. Analizując natomiast politykę Moskwy, Stroński podkreślał, iż każde zaburzenia w Europie były i są nadzieją dla międzynarodowego ruchu komunistycznego, który posiada także  Polsce oddanych towarzyszy, ściśle związanych z Kremlem i gotowych do wypełniania jego rozkazów. Także inny redaktor gazety, Bolesław Bator wskazywał, iż cios wymierzony przez zamachowców skierowany był bezpośrednio w militarny potencjał polskiej armii. A przecież Moskwie i Berlinowi najbardziej zależy na osłabieniu polskiej siły obronnej. „Tu już nie idzie – pisał Bator – o pokój wewnętrzny w Polsce, o skład lub kierunek rządu, ale o wytrzymać bariery polskiej, czy aby będzie dość mocna, żeby prawo kanibalów nie ogarnęło Europy”.
warszawa_cytadela_kaponiera_001
   Stanisław Cat-Mackiewicz wskazywał, iż rząd Witosa chce wykorzystać eksplozję w warszawskiej cytadeli do uzyskania od sejmu nadzwyczajnych pełnomocnictw. „Jeżeli rządowi chodziłoby – pisał „Cat” – tylko o pełnomocnictwa w celu ułatwienia policyjnej walki z niebezpieczeństwem wewnętrznym, to wobec takich tendencji rządu będziemy zachowywać się obojętnie. (…) Jeżeli jednak rząd w charakterze pełnomocnictw nadzwyczajnych zażąda pełnomocnictw prawodawczych, z jednoczesnym żądaniem aby sejm limitował się na dłuższy czas, a posłowie zajęli się odpoczynkiem, a nie jeżdżeniem po wsiach roznamiętnianiem tłumów – to taki krok rządu przywitalibyśmy zasadniczo z jak największym zadowoleniem. Ogniskiem destrukcji państwowej, źródłem marazmu naszego życia politycznego, przyczyną połowy naszych niepowodzeń jest ta wielka gadanina przy ulicy Wiejskiej”.

   Z kolei prasa piłsudczykowska bardzo krytycznie oceniła odezwę wydaną przez rząd Witosa. „Rząd, nie czekając na ukończenie śledztwa, – pisał Witold Giełżyński w „Kurierze Polskim” – nadał sprawie charakter polityczny, rzucając hasło do wygrania nastroju ludności w celu wzmocnienia swej zachwianej pozycji parlamentarnej”. Równocześnie jednak szukając sprawców jednoznacznie wskazywano na komunistów,którzy podczas wojny jawnie pomagali nieprzyjacielowi, którzy pozostają na jego żołdzie i wyznają zasadę, że dla realizacji swej doktryny wolno poświęcić setki, tysiące istnień ludzkich”. Dlatego też z oburzeniem powitano zgodę rządu na komunistyczną manifestację, która odbyła się 23 października w Warszawie: „I po tym wszystkim owe zbrodnicze ręce, które wedle komentarza gazet rządowych (…) podpaliły cytadelę, otrzymują nagle pozwolenie policyjne na publiczne w ulicach miasta agitowanie tłumów przeciwko Konstytucji Państwa”.

   Dochodzenie w sprawie wybuchu w Cytadeli prowadziła równolegle prokuratura wojskowa i policja. W nocy z 14 na 15 października policja dokonała w Warszawie masowych aresztowań osób powiązanych z partią komunistyczną. Podobne działania zostały następnie podjęte we Lwowie, Krakowie, Poznaniu, Będzinie i Lublinie.

    16 października w asyście szwadronu 1 pułku szwoleżerów i oddziału 30 pułku strzelców kaniowskich na powązkowskim cmentarzu wojskowym odbył się uroczysty pogrzeb ofiar eksplozji prochowni. Wzięły w nim udział tysiące warszawiaków.

   20 listopada przed Warszawskim Okręgowym Sądem Wojskowym rozpoczęła się rozprawa przeciwko porucznikowi Waleremu Bagińskiemu z Centralnej Szkoły Zbrojmistrzów oraz Antoniemu Wieczorkiewiczowi z ekspozytury II Oddziału Sztabu Generalnego w Krakowie. Akt oskarżenia zarzucał obu oficerom, że od kwietnia 1923 roku świadomie działali w terrorystycznej organizacji utworzonej w celu: „1) uszkodzenia przez wybuch dróg żelaznych Rzeczypospolitej Polskiej i ich taboru w celu spowodowania rozbicia pociągów; 2) uszkodzenia przez wybuch pomieszczeń instytucji rządowych w Państwie Polskim; 3) uszkodzenia przez wybuch zamieszkałych budynków rządowych (…), a ponadto przygotowali w lipcu 1923 roku materiały wybuchowe do uszkodzenia za pomocą wybuchu budynku P.K.U. w rejonie Sosnowiec-Będzin-Katowice (…) oraz uszkodzenia drogi żelaznej w rejonie trójkąta Kraków-Tarnów-Radom i jej taboru ruchomego”. Ponadto zostali oskarżeni, że „jako członkowie zbrodniczego zrzeszenia, działając w porozumieniu z innymi osobami, przyjęli udział w podłożeniu materiałów wybuchowych w dn. 24 maja 1923 r. pod gmach Uniwersytetu Warszawskiego”, a także „podłożeniu bomby pod gmach P.K.U. w Białymstoku (…) oraz P.K.U. w Częstochowie”.

   Prasa narodowa w licznych komentarzach podkreślała, iż obaj oskarżeni należeli swego czasu do POW, służyli też w milicji ludowej, należąc do jej lewego, radykalnego skrzydła. „proces terrorystów – pisał publicysta „Rzeczypospolitej” – wykazał, że wiadomo, gdzie się zaczyna POW, ale nie można wiedzieć, na czym kończy. Sama lewica nasza nie może być pewna, jak daleko zachodzi w praktyce radykalizm poszczególnych jej członków”.

   Akt oskarżenia opierał się na zeznaniach policyjnego konfidenta Józefa Cechnowskiego, wedle którego grupą terrorystyczną kierował porucznik Walery Bagiński, a zamachy były inspirowane i finansowane przez Związek Sowiecki. Decyzja ministra Kiernika o aresztowaniu obu oficerów była przedwczesna, gdyż uniemożliwiła dokładne rozpoznanie struktur organizacji i zebranie innych dowodów winy.

   Prokurator zażądał dla obu oskarżonych kary śmierci, natomiast obrońcy obu oficerów, koncentrując się na prowokacyjnym charakterze prowadzonego śledztwa i braku wystarczających dowodów winy, wnieśli o uniewinnienie swoich klientów. 30 listopada 1923 roku sąd uznał obu oficerów winnych zarzucanych im czynów i skazał na karę śmierci przez rozstrzelanie, utratę praw i wydalenie z wojska. Dodatkowo por. Bagińskiemu odebrano przyznany mu order Virtuti Militari.

   Propiłsudczykowski „Kurier Poranny”z satysfakcja pisał, że nie udał się wyjątkowo podły zamysł wplątania Bagińskiego i Wieczorkiewicza w związki ze środowiskiem piłsudczykowskim. „Wyrok stwierdza więc – oceniał „Kurier Poranny” – tylko winę ich jako ofiar owego zbiorowego obłędu wiary w terror jako środka działania. (…) Żadne idee socjalne czy nacjonalne, radykalne czy reakcyjne usprawiedliwić go nie mogą. Wyznawcy terroru (…) w praworządnym państwie muszą być traktowani i tępieni jako wrogowie społeczeństwa”.

   Cat-Mackiewicz na łamach „Słowa” określał cały proces jako niedojrzały, pisząc, że „obydwaj przestępcy, jakkolwiek niewątpliwie godni kary, która om została przeczytana, przedstawiają minorum gentium, wśród komunistycznych zastępów, starających się obalić Polskę”. Naczelny redaktor wileńskiej gazety oskarżał też gabinet Witosa o wywieranie nacisków na władze sądownicze, stwierdzając, że rząd ponosi odpowiedzialność za „przedwczesne wywołanie tego procesu przed kratki sądowe”, dzięki czemu „ocaliło być może wiele figur komunistycznych bardziej niebezpiecznych”.

   W połowie grudnia 1923 roku przedstawicielstwo Związku Sowieckiego w Warszawie, zwróciło się z prośbą do polskiego MSZ o powstrzymanie wykonania wyroków śmierci na obu skazanych. Władze sowieckie chciały, aby obaj b. oficerowie zostali wpisani na listę osób podlegających wymianie polsko-sowieckiej.  W nocie napisano również, że „przedstawicielstwo pełnomocne uważa za niezbędne nadmienić, że uważało ono za możliwe wysunięcie tej sprawy w skutek niejednokrotnych wystąpień poselstwa polskiego w Moskwie z prośbą o wstrzymanie wyroków śmierci nad obywatelami S.S.S.R., skazanymi za działalność przeciwpaństwową nie będącym w bezpośrednim stosunku do interesów RP w S.S.S.R.”.

   Polskie MSZ w odpowiedzi poinformowało, iż rząd polski nie uważa za możliwe wstrzymanie wykonania wyroków śmierci wobec obu skazanych i umieszczenia ich na liście osób przeznaczonych do wymiany personalnej.

   W maju 1924 roku władze sowieckie ponownie zwróciły się z propozycją wymiany obu b. oficerów, ale strona polska wyraziła zainteresowania tą sprawę. Tymczasem miesiąc później mieszana komisja polsko-sowiecka wróciła do wymian personalnych. Efektem tej pracy było ponowne uruchomienie w lutym 1925 roku omawianej procedury. W marcu 1925 roku, mimo głośnych protestów wielu środowisk, rząd RP zgodził się na wymianę Walerego Bagińskiego i Antoniego Wieczorkiewicza na księdza Bolesława Ussasa (polskiego eksperta w mieszanej komisji reewakuacyjnej) oraz Józefa Łaszewicza (sekretarza b. Konsulatu Generalnego RP  w Tyflisie), którym Sowieci wytoczyli procesy karne.

   29 marca 1925 roku w trakcie wymiany na stacji granicznej w Stołpach, Antoni Wieczorkiewicz i Walery Bagiński zostali zastrzeleni przez jednego z konwojentów, policjanta Józefa Muraszkę, członka prawicowej organizacji Pogotowie Patriotów Polskich. Sąd Okręgowy w Nowogródku skazał Muraszkę za zbrodnię w afekcie na dwa lata domu poprawczego.  Oskarżony oświadczył zresztą przed sądem: "Przyznaję się do zabójstwa dwóch wściekłych psów! Zabiłem ich w silnym podnieceniu!".

   Tymczasem władze sowieckie oskarżyły polski rząd o niedotrzymanie umowy, w skutek czego Łaszkiewicza i Ussasa ponownie osadzono na Łubiance.

   Śledztwo w sprawie wybuchu w warszawskiej Cytadeli nie przyniosła efektów, a sprawcy największego zamachu terrorystycznego II RP nie zostali ustaleni. W 1925 roku trzej komunistyczni terroryści: Władysław Hibner, Władysław Kniewski i Henryk Rutkowski zostali skazani na śmierć za zamach na Cechnowskiego, w trakcie którego zginął policjant. Wszyscy trzej zostali straceni na stokach….. Cytadeli.


                                                                                                Godziemba

 Wybrana bibliografia:

 A. Pragier – Czas przeszły dokonany

A. Pepłoński – Wywiad Polski na ZSRR

A. Próchnik – Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej

Życie polityczne w Polsce 1918-1939

 

Zdjęcia: Wikipedia

   

Polskie reakcje na przejęcie władzy przez Hitlera

-reichstagsbrand   30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler został mianowany kanclerzem Niemiec. Objęcie władzy przez Hitlera spotkało się z ogromnym zainteresowaniem prasy polskiej i światowej, która nie traktowała tego faktu jako momentu przełomowego w historii powojennych Niemiec.
   

Janusz Kusociński

kusocinski   Janusz Kusociński, zwany przez prasę, sportowców i przyjaciół „Kusym”, urodził się 15 stycznia 1907 roku, w wielodzietnej rodzinie urzędnika kolejowego Klemensa i Zofii ze Śmiechowskich. Początkowo nic nie wskazywało na to, by został wspaniałym lekkoatletą oklaskiwanym przez tłumy na wielu krajowych jak i zagranicznych stadionach. W centrum jego zainteresowań znajdowała się przede wszystkim piłka nożna i gra w palanta, a poza tym jego warunki fizyczne były zupełnie przeciętne (mierzył zaledwie 165 cm). O jego karierze lekkoatletycznej zadecydował przypadek. Kusociński wziął udział w Igrzyskach Robotniczych w Pradze w 1927 roku, gdzie odniósł pierwsze swoje sukcesy sportowe (II miejsce w biegu na 1500 m i III miejsce na 800 m). Te wyniki zaważyły o porzuceniu piłki nożnej i wstąpieniu do sekcji lekkoatletycznej „Warszawianki” w 1928 roku. Trafił tam pod opiekę estońskiego olimpijczyka i trenera Aleksandra Klumberga. To głownie dzięki niemu, sekcja lekkoatletyczna tego warszawskiego klubu sportowego, działającego od 1920 roku zaczęła zyskiwać na znaczeniu.

   Złoty medal olimpijski zdobyty przez Polaka w biegu na 10 000 m 31 lipca 1932 roku w Los Angeles był pierwszym złotym medalem olimpijski mężczyzn. Pod koniec stycznia 1933 roku rozpoczął treningi przełajowe w Łazienkach, gdzie mieszkał na stałe. Janusz Kusociński, z racji swojego wykształcenia, był w Łazienkach ogrodnikiem, zatrudnionym przez Kancelarię Cywilną Prezydenta Rzeczypospolitej. Podczas jednego z tych treningów tak niefortunnie postawił lewą nogę, że skręcił ją w kostce. W swoich wspomnieniach tak opisywał to nieszczęśliwe zdarzenie: „Czyż mogłem przeczuwać, czy mogłem choć przez jedną chwilę przypuszczać, że podczas jednego z tych moich zimowych radosnych treningów zdarzy się wypadek, który będzie początkiem mojego wielkiego dramatu. Czyż mogłem przez jedną chwilę przypuszczać, że podczas tych moich samotnych treningów tak nieszczęśliwie postawię nogę, iż owo fatalne stąpnięcie poprowadzi mnie zupełnie innymi drogami do Berlina, do którego wystartowałem z Los Angeles jako triumfator i zwycięzca. Doprawdy jakimi dziwnymi, niepojętymi drogami prowadzi nas nasz los”(1) . Kusociński startował jeszcze w latach 1933-1934, zdobył nawet tytuł wicemistrza Europy w biegu na 5000 m w 1934 roku, ale ciągle odnawiająca się kontuzja musiała zakończyć się zabiegiem operacyjnym w 1936 r. Był obecny na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie, ale pojawił się tam już jedynie w roli komentatora „Przeglądu Sportowego”.

1

Grupa lekkoatletów w biegu na Stadionie Wojska Polskiego. Na czele Jerzy Kusociński.

   Po kontuzji wielu sądziło, że choć Kusociński będzie mógł chodzić, to nie wróci już do dawnej olimpijskiej formy. Nikt nie przypuszczał, że wola zwycięstw i niepospolity charakter polskiego mistrza, znowu wyniosą go w sezonie 1939 roku na szczyty sportowych sukcesów. W światowej prasie zastanawiano się, na jakim dystansie pobiegnie na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w  1940 r. i czy zdobędzie kolejny złoty medal. Wojna i okupacja przerwała wszystkie sportowe i życiowe plany Kusocińskiego.

2

Tenisistka Jadwiga Jędrzejowska i lekkoatleta Janusz Kusociński podczas rozmowy przy stoliku w czasie balu prasy sportowej w 1937 r.


   We wrześniu 1939 roku, mimo iż z powodu odniesionej kontuzji posiadał kategorię D i nie został powołany, jako ochotnik i kapral z cenzusem wstąpił wraz z Józefem Korolkiewiczem do oddziału ppor. Antoniego Grzesika (1 plut. komp. km, II. bat. 360. pp.) i walczył w obronie Warszawy. Za postawę w obronie stolicy, rozkazem z dnia 28 września 1939 został odznaczony Krzyżem Walecznych (otrzymał legitymację nr 53). Antonii Grzesik, przełożony Janusza Kusocińskiego w czasie kampanii wrześniowej wspomina: „Janusz był wszystkim, czym można było być, gdy się ma niespokojną i rwącą naturę do pracy. Załatwiał wszystko i pomagał wszystkim […]. Gdy było brak hełmów i łopatek przywiózł ich tyle, że wystarczyło dla drugiej kompanii. Polubili go wszyscy”(2).

   W pierwszej połowie września otrzymał nietypowy rozkaz. Na bocznicy za wiaduktem kolejowych przy ul. Towarowej znajdowały się wagony z dzikimi zwierzętami cyrkowymi. Obawiano się, że niepilnowane zwierzęta mogą stanowić zagrożenie dla okolicznych mieszkańców. „Kusy” wykonał bezbłędnie i to zadanie – nikt chyba z przedstawicieli sportu myśliwskiego w Polsce nie miał na rozkładzie tylu lwów, tygrysów i innych drapieżników co właśnie Janusz Kusociński – wspominał po wojnie Antonii Grzesik(3). 24 września 1939 roku „Kusy” zostaje ranny. Odłamki szrapnela raniące lewe udo i okolice prawego stawu kolanowego na dobre wykluczyły go z dalszych walk.

   W miesiąc po wyjściu ze szpitala, 23 listopada, obejmuje posadę kelnera w gospodzie sportowej „Pod Kogutem”, która gromadziła w czasie pierwszych miesięcy okupacji wielu znanych sprzed wybuchu wojny sportowców. Kusociński szukał tam możliwości kontunuowania walki z okupantem na zasadach konspiracji. Najprawdopodobniej w grudniu 1939 roku wstąpił do Organizacji Wojskowej „Wilki”, stworzonej przez Józefa Brücknera(4). „Kusy” nie ograniczał się wyłącznie do zbierania wiadomości wywiadowczych, ale z własnej woli i inicjatywy włączał się do innych zadań konspiracyjnych, takich jak kolportaż gazetek, czy też przewóz broni i amunicji oraz innego sprzętu. W gospodzie „Pod Kogutem” poza obsługiwaniem Niemców, zajmował się specyficzną działalnością. Mundurowi Niemcy, w pierwszych dniach okupacji, zostawiali broń w specjalnej skrzyni w szatni. Po jakimś czasie zorientowali się, że to właśnie tam ginie im z zapasowych magazynków – amunicja. Wykradał ją Janusz Kusociński.

   W zorganizowanej akcji gestapo przeciwko OWW w której najprawdopodobniej brał udział agent niemiecki Szymon Wiktorowicz, Kusociński został 28 marca 1940 roku aresztowany w bramie przy ul. Noakowskiego 16 o godzinie 20:30. Mimo prawie trzymiesięcznego śledztwa (m.in. w siedzibie gestapo na Szucha) nie wydał nikogo z towarzyszy walki. Zbity, zmaltretowany i nie chodzący już o własnych siłach został włączony do transportu, który w dniach 20-21 czerwca 1940 roku został skierowany do Palmir na miejsce masowej egzekucji.

                                                                Aleksander Sołtysik

Przypisy:

1. J.Kusociński, Od palanta do olimpiady. Moje wspomnienia sportowe. Maszynopis [1933], s. 5. Archiwum Muzeum Sportu i Turystyki.
2. A.Grzesik, Wielki sportowiec-dzielny żołnierz. Wspomnienie o Januszu Kusocińskim, [w:] „Echo Stadionu”, 1945, R. 1, nr 12, s. 1.
3. Tamże.
4. Między 9 i 10 września por. pil. nawig. Józef Brückner (później Leon Stanisław Rylski) – „Wilk”, „Biernacki”, zaczął zbierać na szosie rozbite oddziały by niezależnie od trudnej sytuacji wojennej dalej walczyć z Niemcami. 1 października Brückner tworzy zalążek konspiracyjnej Organizacji Wojskowej „Wilki”. 10 grudnia 1939, po rozwiązaniu już oddziałów partyzanckich, komendant OWW „Wilki” Brückner – Rylski przybył do Warszawy. Kusociński prawdopodobnie w tym miesiącu został zaprzysiężonym członkiem tej organizacji. Nigdy zaś nie był członkiem ZWZ-AK lub SZP. B.Tuszyński, Ostatnie okrążenie Kusego, Warszawa 1990, s. 294.

Zdjęcia : Wikipedia, Narodowe Archiwum Cyfrowe

logo rgb_0

   

Do Legionów z prawicy

pds  Wbrewpotocznemu osądowi w Legionach Polskich znaleźli się żołnierze wywodzący się z różnych ruchów politycznych, także z prawicy.

   

Orły kontra Budionny

   Na początku 1920 roku polskie lotnictwo dysponowało zaledwie 130, w większości przestarzałymi, samolotami.
   W styczniu 1920 roku zakupiono 15 włoskich myśliwców Balilla, na wiosnę dotarło do Polski 30 samolotów podarowanych przez Wielką Brytanię, a w lipcu 75 maszyn Bristol Fighter F2B zakupionych w Anglii.
   Za cenę ogromnego wysiłku udało się na wiosnę 1920 roku wystawić 20 eskadr. Niestety, nikt nie przewidywał bojkotu dostaw materiału wojennego do Polski przez niemieckich i czechosłowackich robotników. To właśnie oni, ulegając sowieckiej propagandzie, pokrzyżowali plany dalszego wzmocnienia polskich skrzydeł i w znacznej mierze przyczynili się do kryzysu materiałowego latem 1920 roku.
   Podstawowym błędem było odrzucenie propozycji Szefa Lotnictwa gen. Gustawa Macewicza zorganizowania dwóch silnych grup lotniczych: jednej myśliwskiej, złożonej z 4 eskadr i drugiej wywiadowczo-bombowej, również czteroeskadrowej. Zaprzepaszczono w ten sposób możliwość operacyjnego użycia i skoncentrowania lotnictwa. Zamiast tego poszczególne eskadry rozproszono na szerokim froncie, gdzie przeważnie były używane do rozpoznania, łączności i bombardowania. Przydział eskadr do poszczególnych dowództw armii był często przypadkowy lub wynikał z dawnych układów personalnych. Mimo oficjalnego zjednoczenia lotnictwa we wrześniu 1919 roku dywizje wielkopolskie zawsze miały wsparcie swoich eskadr. Powodowało to absurdalne sytuacje – 14 DP (1 Wlkp.) miała aż 2 pełnowartościowe eskadry, podczas gdy cała armia gen. Listowskiego dwie, słabiutkie eskadry.
   W czasie wyprawy kijowskiej polscy lotnicy przede wszystkim wykonywali loty rozpoznawcze. Niejednokrotnie też bombardowano i ostrzeliwano napotykane kolumny wroga, rozrzucając przy okazji ulotki i przepustki „w plien”.
   Pracę lotników docenił w rozkazie pochwalnym z 15 maja, Naczelny Wódz Józef Piłsudski pisząc, iż „lotnictwo, zarówno bojowe jak i wywiadowcze w całym okresie przygotowawczym i w okresie ofensywy samej, pomimo wszystkich braków i trudności technicznych z jakimi musiało się borykać, pracowało w pełni poświęcenia, spełniając dobrze wszystkie swe zadania w służbie bojowej, wywiadowczej i łączności, nie zawiodło moich oczekiwać, zawsze chętnie podejmując każdą bez względu na trudność powierzoną pracę”.
   Oprócz kłopotów sprzętowych, brakowało przede wszystkim wyszkolonych obserwatorów. Na wakujące miejsca zabierano ochotników spośród personelu naziemnego. Skompletowane w ten sposób załogi siłą rzeczy nie mogły być zgrane, co pociągało za sobą zagrożenie życia, dla improwizowanej załogi. Umiejętności ochotników ograniczały się tylko do lepszego bądź gorszego zrzucania bomb, o celnym strzelaniu z karabinów maszynowych, bądź o nawigacji nie można było marzyć.
   To bagatelizowanie operacyjnego użycia lotnictwa i złe rozmieszczenie eskadr zemściło się ostatecznie podczas rajdu Armii Konnej Budionnego. W końcu maja 1920 roku sowieci rozpoczęli ofensywę na Ukrainie, poważnie zagrażając polskiej 3. armii. Gen. Rydz-Śmigły nie posiadał dostatecznych rezerw, aby przeszkodzić bolszewikom w forsowaniu Dniepru na północy. Zdecydował się więc na użycie lotnictwa, któremu nakazano opóźnianie przepraw wszelkimi środkami. V Dywizjon nękał przez całe dnie bolszewików, zrzucając bomby i ostrzeliwując ich ogniem karabinów maszynowych. Sowieci byli tak zaskoczeni tymi nalotami, że dowództwo zwróciło się o przysłanie agitatorów partyjnych, gdyż żołnierze na skutek ciągłych nalotów „są zdemoralizowani i nie zdradzają chęci do walki”.
   Loty prowadzone od świtu do zmierzchu bardzo wyczerpywały załogi, które wykonywały 2-3 loty dziennie. W akcji tej zginęło 2 lotników, 3 odniosło rany, a 15 samolotów zostało zniszczonych lub poważnie uszkodzonych.
   Budionny miał w swojej armii grupę lotniczą, wyposażoną w 15 dobrych maszyn. Brakowało jednak wyszkolonych pilotów, brak fachowości zastąpiono ideologicznym przygotowaniem – 80% personelu latającego i 70% naziemnego stanowili członkowie partii komunistycznej. W efekcie dowódca konnej armii nie dysponował informacjami ze zwiadu lotniczego, nie mógł tez wykorzystywać samolotów do celów łącznikowych.
   Przerwanie frontu przez armię konną Budionnego i wyjście na polskie tyły, zapoczątkowało nowy, bardzo trudny okres w działalności eskadr frontu ukraińskiego. Lotnicy byli zmuszeni do ciągłych przebazowań, a faliste tereny południowej Ukrainy nie pozwalały na łatwe znalezienie odpowiednich miejsc na nowe lotniska polowe. Brakowało także sprzętu do przewozu uszkodzonych maszyn. W tej sytuacji znacznie więcej samolotów stracono z powodu braku dobrze zorganizowanej ewakuacji, niż podczas działań bojowych.
   V Dyon znakomicie rozpoznał zamiary Budionnego, dzięki temu udało się Polakom przerzucić szosą kijowsko-żytomierską konwój kilkuset samochodów dosłownie pod nosem sowieckiej kawalerii. Ruch na szosie trwał prawie przez cała dobę i nie był osłaniany przez oddziały bojowe. Dzięki łączności lotniczej ze sztabem frontu wojska polskie wyszły z przygotowanego kotła, co miało kapitalne znaczenie dla dalszego przebiegu wojny.
   Również słynna eskadra kościuszkowska starała się opóźniać posuwanie się bolszewickich kolumn. „Ataki nasze były tak pomyślane – wspominał kpt. Cooper - że potrafiliśmy zdziesiątkować przednią kolumnę i powstrzymać ją na pewien czas”. Niestety, samymi tylko atakami lotniczymi nie sposób było zatrzymać wroga. Prowadzone w ciężkich warunkach odwrotu rozpoznania i loty szturmowe doprowadziły do kompletnego wyczerpania sił eskadry, która została w czerwcu 1920 roku odesłana do Lwowa w celu dokonania uzupełnień.

111th_escadrille_roundel

Godło eskadry kościuszkowskiej

 

   Na początku lipca, gdy Budionny zdobył Równe, dowództwo frontu ukraińskiego widząc w samolotach ważny sposób rozpoznania przeciwnika, zaczęło się domagać wzmocnienia swych sił lotniczych. Szef frontu – mjr Kutrzeba – w swej depeszy do Naczelnego Dowództwa pisał: „mam jeszcze jedną prośbę, lotników, lotników, lotników….. oddam całą dywizję każdy jak dostanę 20 aparatów i ręczę, że Budionny za tydzień przestanie istnieć…. Zamiast poboru nowych roczników kawalerii zaangażowałbym cyrkowców amerykańskich, japońskich, którzy by rzucali bomby na Budionnego”. Również Rydz-Śmigły apelował: „na gwałt przysyłajcie aeroplany. Nie żałować pieniędzy na zakup na wielką skalę”. W rezultacie tych ponagleń wystawiono w połowie lipca ad hoc zespół złożony z dwóch eskadr: 7. „kościuszkowskiej” oraz 21., który miał pomóc lokalizować i zwalczać nieuchwytnego Budionnego.
   Dokładne określenie położenia Konarmii pomogło wciągnąć ją w uporczywą bitwę pod Brodami. Niestety nie obyło się bez ofiar, gdyż oddziały Budionnego udoskonaliły swój system obrony przeciwlotniczej, opierając go na krzyżowym ogniu karabinów maszynowych. Zestrzelony został kpt. Cooper, który dostał się do niewoli, z której jednak uciekł i przedarł się przez Rygę do Polski. Ranni zostali mjr Faunt le Roy oraz kpt. Crawford, którzy cudem uniknęli niewoli. 15 lipca 1920 zginęła mieszana polsko-amerykańska załoga – por. Skarżyński – kpt. Kelly z 21. eskadry. Zginął także ppor. Jakubowski z tej samej eskadry.

cedric_fauntleroy

ppłk Cedric Erald Faunt le Roy

   Z walk tych obie eskadry wyszły bardzo osłabione, nierzadko w stanie szczątkowym, jednak ich działalność pozwoliła polskiego dowództwu na utrzymanie łączności z rozproszonymi, własnymi jednostkami oraz opóźnienie ofensywy Konarmii. Dużym błędem było utworzenie dopiero 10 lipca specjalnej lotniczej grupy szturmowej, Gdyby taką grupę utworzono wcześniej i zwiększono liczbę eskadr wchodzących w jej skład, przebieg walk na Ukrainie mógłby przybrać mniej dramatyczny obrót. Możliwości ku temu były, gdyż III Dyon cały swój wysiłek kierował na drugorzędnym kierunku Odessy, nie biorąc prawie wcale udziału w walkach z Budionnym.
   W okresie maj-lipiec 1920 roku lotnicy Konarmii w lotach bojowych spędzili 5 godzin miesięcznie. W tym samym czasie niektórzy polscy piloci potrafili wylatać 6-8 godzin dziennie. W tym samym czasie doszło jedynie do czterech spotkań w powietrzu, z czego dwa zakończyły się walką. W jednej z nich mjr Kossowski uszkodził bolszewicki samolot, zmuszając go do lądowania.
   W czasie sierpniowych walk o Lwów, w jego obronie uczestniczyły 4 eskadry, dysponujące około 30 zużytymi samolotami. Niektórzy piloci eskadr myśliwskich, cztero- a nawet pięciokrotnie wznosili się w powietrze, wspomagając polską piechotę. Samoloty atakowały od świtu do późnego zmierzchu. 17 sierpnia na 19 samolotach wykonano 69 lotów bojowych, zrzucając 4000 kg bomb. W tym dniu Budionny posunął się naprzód zaledwie o 3 km, dzięki czemu polska 6 armia zdążyła skoncentrować się pod Lwowem.
   Bolszewicy doceniali role polskiego lotnictwa. Izaak Babel w swoim „Dzienniku 1920” napisał: „Polacy bronią się w główniej mierze akcjami lotnictwa, aeroplany staja się groźne… daleki i jakby zwolniony terkot karabinów maszynowych, panika w taborach, lecą wciąż lotem koszącym, chowamy się nimi”. W depeszy z 18 sierpnia Budionny podkreślał, iż „zuchwale zniżając samoloty, nieprzyjaciel ostrzeliwał nasze oddziały i zarzucał je bombami. Wojska atakowane z powietrza nie mniej niż trzy razy na dzień mają ogromne straty w ludziach i koniach. W jednej tylko 6 DK w dniu 17 VIII zabito i zraniono przeszło stu ludzi i sto koni.. Jedno z natarć 6 DK odparto wyłącznie za pomocą płatowców”.
   Po zakończeniu walk o miasto, lwowskie eskadry zakończyły swą działalność z powodu całkowitego zużycia sprzętu. W linii pozostało zaledwie 13 sprawnych samolotów. Jednak w czasie bitwy pod Komarowem, oddziały gen. Rómmla wspierały 3 maszyny 7. eskadry „kościuszkowskiej”. Tylko brak większej liczby samolotów sprawił, iż nie udało się koordynować działań polskich jednostek i przetrzebiona I Konna uszła jednak na wschód.

                                                                        Godziemba

 

 Wybrana literatura:
Ku czci poległych lotników. Księga pamiątkowa
M. Biernacki – Działania Armii Konnej Budionnego
T. Kutrzeba – Wyprawa kijowska
I. Babel – Dziennik 1920 r.
R. F. Karolevitz i R. S. Fenn - Dług honorowy

 

Zdjęcia: Wikipedia

   

Generałowie Wieniawa i Sikorski

Wojciech Grochowalski
Generałowie Wieniawa i Sikorski
W rocznice śmierci Generałów


      W lipcu przypada rocznica urodzin i śmierci gen. dywizji dr. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, żołnierza, poety, dyplomaty: 130. rocznica urodzin (22 VII 1881, Maksymówka na Ukrainie) i rocznica jego śmierci (1 VII 1942, Nowy Jork). W dniu rocznicy urodzin generała warszawski Pułk Ochrony jego imienia obchodzi uroczyście swoje święto, na które przybywa m.in. pan Leszek Wieniawa-Długoszowski, bratanek Bolesława. W lipcu przypada też rocznica śmierci gen. broni, premiera i naczelnego wodza Władysława Sikorskiego. Zginął w Gibraltarze 4 VII 1943 r.

384px-genera_wieniawa


   Panowie byli ze sobą związani w służbie dla Polski od czasu I wojny światowej. W jej trakcie a potem w międzywojniu trochę poróżnieni, ale w czasie drugiej wojny poczynili pewne ustępstwa wobec siebie i antagonizmy poszły na bok. Dlatego nalezy rozpowszechniać tę wiedze i dawać przykłąd innym oddającym sie służbie publicznej, dlatego śmiało łączę w jednym lipcowym wspomnieniu obie postacie – a ponieważ większą atencję mam do Wieniawy, jemu więcej miejsca tu poświęcam. To, że gen. Wieniawa nie został prezydentem Polski we wrześniu 1939 r., po wyznaczeniu go na ten urząd przez internowanego prezydenta Mościckiego, w części – przy pomocy Francji – spowodował gen. Sikorski. Wieniawa honorowo zrzekł się wówczas urzędu na rzecz W. Raczkiewicza, “dla dobra Polski” – powiedział.


    Długoszowski był człowiekiem o wielkiej kulturze, bardzo inteligentnym, znakomicie wykształconym tak cywilnie, jak i wojskowo. Był artystą, humanistą, poetą (choć amatorem), znał kilka języków nowożytnych oraz łacinę i grekę, tłumaczył poezję i prozę z jęz. francuskiego na jęz. polski, znakomicie malował – kilka miesięcy studiował malarstwo, pasjonat kabaretu, kina, współtwórca filmów fabularnych. Pochodził z rodziny szlacheckiej herbu Wieniawa o patriotycznych tradycjach. Z zawodu był lekarzem, absolwentem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zawód ten wykonywał bardzo krótko, w czasie pierwszej wojny światowej, otóż gdy wcielono go do armii austriackiej i skierowano do służby w szpitalu, po kilku dniach został zabrany stamtąd, gdyż okazało się, że niemal wszystkich chorych wysłał na front, albo... sami uciekali przed nim ze szpitala. Leczył bardzo prostymi środkami: od pępka w górę rycyna, od pępka w dół jodyna. Taka mała, niegroźna dywersja. Zalecał też dużo aspiryny, na wszystko, utrwalił to w swoim wierszu-piosence legionowej “Łapiduchy” (fragm.):


Gdy żołądek masz zaparty,
Aspiryny weź pół kwarty.
    Oj bida, to boda, łapiduchy
    Oj bida, to bida niedola!
Gdy cię w uchu zabolało,
Aspiryny kwartę całą!
    Oj bida...
Kiedy ślepniesz bez przyczyny
Łykaj wiadro aspiryny!
    Oj bida...


   Napisał mnóstwo legionowych wierszy i piosenek, w tym kilka niezbyt pochlebnych o gen. Sikorskim, gdy ten jeszcze w randze podpułkownika, do 1916 r. szefował Departamentowi Wojskowemu Naczelnego Komitetu Narodowego (NKN), a – jak to opisał Wieniawa – front i wojnę widział w... kinie. NKN podlegały Legiony Polskie, a dowódca I Brygady LP, brygadier Józef Piłsudski nie honorował wielu decyzji NKN, w tym czasie też mocno skonfliktował się z Sikorskim. Powodem niechęci Piłsudskiego były misje jakie wg niego austriaccy dowódcy wyznaczali Sikorskiemu, w tym rozbicia Rady Pułkowników i bratania się polskich żołnierzy przeciw zaborcom. Zaznaczyć jednak trzeba, że w czasie wojny polsko-ukraińskiej (1919) i polsko-radzieckiej (1919-1920), Sikorski – już w stopniu generała brygady, spisał się dobrze. Mimo różnych opinii i plotek rozpowszechnianycyh w czasach wojny o naszych dowódcach, tak Piłsudski jak Sikorski wykazywali się w sprawach zasadniczych honorem i racją stanu; nie byli mściwi, potwierdza to opinia Edwarda Raczyńskiego z 1960 r., że Sikorskiego nie cechowała mściwość w działaniu.


   Bolesław Wieniawa-Długoszowski był adiutantem osobistym i jednym z najbardziej zaufanych ludzi marszałka Piłsudskiego; żołnierz I Brygady Legionów Polskich; kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari, nadawanego za wybitne czyny bojowe w czasie wojny. To „szwoleżer pierwsza klasa”, ulubieniec kobiet, warszawskiej bohemy artystycznej. Przez dowódców był określany jako wybitny, przez Piłsudskiego uważany za jednego z najbardziej honorowych w armii. Był na pewno jednym z najpopularniejszych kawalerzystów XX wieku – no i najpopularniejszym szwoleżerem. Był dowódcą 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Zdobył ogromną popularność nie tylko w Polsce.


     Wieniawa kochał życie, lubił się bawić, ale – na co zwrócił dobitnie uwagę w swoim “Alfabecie wspomnień” jego dobry znajomy Antoni Słonimski – “To że lubił wypić, nie czyniło go pijakiem”. A takim chcieli go widzieć wrogowie jego i – zwłaszcza po II wojnie – wrogowie Piłsudskiego. Żeby uderzyć w Marszałka, walono w Wieniawę. Złośliwi powiadają jednak, że podczas jednej z zagranicznych misji w międzywojniu – wyjazdu na pogrzeb jakiegoś dostojnika zaprzyjaźnionego kraju – Wieniawa urządził w hotelu bankiet dla innych delegacji zagranicznych, szczodrze częstując na nim alkoholem. Rano na pogrzebie była punktualnie tylko delegacja... polska, inne dochodziły do siebie (i na pogrzeb...) po jakimś czasie, mocno “zmęczone”.


    To nieprawda, że Sikorski nie chciał widzieć w służbie Wieniawy po klęsce wrześniowej. Sprzeciwiali się temu głównie poplecznicy i sztab Sikorskiego; choć istotnie Sikorski i jego grupa rządząca nie mieli ochoty ani powodów, aby kochać ludzi Piłsudskiego po klęsce w 1939 r., którą przypisywali sanacyjnym rządom i generałom. Ale trzeba zważyć, że Sikorski nie zwolnił Wieniawy ze służby dla Ojczyzny, przeciwnie, wiedząc że ma znakomitego dyplomatę, patriotę, człowieka wybitnego i honorowego, jako naczelny wódz i premier zostawił Wieniawę na stanowisku ambasadora RP w Rzymie. Placówkę Wieniawa opuścił dopiero w czerwcu 1940 r., gdy Włochy przystąpiły do wojny po stronie Hitlera. Wyjechał wtedy do USA, bowiem nie otrzymał przydziału do wojska. Analizując działanie Sikorskiego, należy zwrócić uwagę na fakt, że generał Wieniawa miał już 60 lat, od trzech lat był w stanie nieczynnym – przeniesiony do służby dyplomatycznej, mówiło się też w Warszawie, że jego nominacja na gen. dywizji była przedłużeniem okresu jego pozostania w armii (wiek prekluzyjny gen. bryg. to 58 lat, a gen. dyw. 60). Wieniawa nie był oficerem liniowym, bardziej sztabowcem, a takich zaufanych i głównie niesanacyjnych Sikorski już miał w swoim rządzie i sztabie. Wreszcie sprawa nominacji poselskiej Wieniawy na Kubę – bardzo ważna, odpowiedzialna misja, w ważnym i trudnym miejscu, choć przez niektórych publicystów nominacja lekceważona. Sikorski powierzył ją po osobistych spotkaniach i rozmowach w Stanach Zjednoczonych właśnie Wieniawie. I tak 1 lipca 1942 roku gen. Wieniawa-Długoszowski znów był w służbie! Przygotowywał wyjazd na placówkę... i nagle owego 1 lipca po godz. 9 rano świat obiega wiadomość, że nie żyje! Że popełnił samobójstwo! Że wyskoczył na bruk w pidżamie... Polskę spowiła żałoba po utracie kolejnego wielkiego syna, ale podejrzenia i pytania: czy to możliwe?, czy to wypadek?, dlaczego?, jak?, po co?... pozostają właściwie bez odpowiedzi.


   Na pewno nie można obciążać generała Sikorskiego za śmierć Wieniawy, a wielu tak czyniło.

Zdjęcie: Wikipedia


Autor artykułu jest autorem książek: “Ku chwale Wieniawy”, “Bolesław Wieniawa-Długoszowski – wiersze i piosenki”, “Gen. dr Bolesław Wieniawa-Długoszowski – zarys biografii dyplomatycznej”.

Artykuł jest zmodyfikowaną przez autora wersją tekstu pt. "Wieniawa, Wieniawa, Wieniawa", który ukazał się w 59. numerze Magazynu Kulturalno-Społecznego "Kultura i Biznes".

   

Gruzini w Wojsku Polskim w II RP


W wojsku polskim w II RP służyło kilkudziesięciu oficerów-Gruzinów.

   Kaukaz stanowił dla Rosji barierę odgradzającą od Turcji, ważne źródło ropy naftowej oraz manganu, a także potencjalne oparcie dla floty rosyjskiej. Na wiosnę 1918 roku narody Kaukazu ogłosiły swoją niepodległość.

   Na terenie Kaukazu przebywała duża liczba Polaków, którzy – po rewolucji lutowej – zaczynają tworzyć jednostki wojskowe, cieszące się sympatią władz miejscowych. Najważniejszym punktem na tej mapie była Gruzja, gdzie od 1917 roku w Tyflisie działał Komitet Polski. W mieście tym przebywał także polski przedstawiciel dyplomatyczny Wacław Ostrowski. Pierwotnie reprezentował on Radę Regencyjną, jednak potem został zatwierdzony przez rząd niepodległej Polski.

   W lutym 1920 roku z misją dyplomatyczną wysłany został bliski współpracownik Naczelnika Państwa Tytus Filipowicz, którego głównym zadaniem było nawiązanie współpracy polityczno-wojskowej z Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią. Projekt sojuszu z Gruzją przewidywał polską pomoc wojskową dla tej republiki, która zobowiązywała się do przeniesienia antybolszewickiej akcji na tereny Kaukazu Północnego.

t_filipowicz

Tytus Filipowicz (Wikipedia)

   Po przybyciu do Baku, Filipowicz został internowany przez wkraczające do miasta oddziały bolszewickie. Mimo tego Gruzini oraz górale Północnego Kaukazu z powodzeniem powstrzymywali bolszewików, dzięki czemu Lenin nie mógł skierować przeciwko Polsce jednostek zaangażowanych na froncie kaukaskim.

   Ochotnicy z Kaukazu wzięli liczny udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Większość z nich walczyła w Tatarskim Pułku Ułanów, który uczestniczył m.in. w starciach z korpusem kawalerii Gaja. Po rozwiązaniu pułku we wrześniu 1920 roku z jego żołnierzy utworzono Dywizjon Mahometański, dowodzony przez rtm. Bahaedina Emir Hasana Chursza. W lutym 1921 roku kilku oficerów dywizjonu podpisało kontrakty z WP, a kilku przyjęło obywatelstwo polskie i służyło jako oficerowie zawodowi.

   Pomimo zakończonej w październiku 1920 roku wojnie polsko-bolszewickiej, Józef Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę z trudnego położenia Polski. W grudniu 1920 roku w rozmowie z przedstawicielem Tatarów Krymskich Dżaferem Sajdametem powiedział: „Polska nie może być naprawdę niepodległa między dwoma kolosami (…). Dopóki liczne narody pozostaną w jarzmie rosyjskim nie możemy patrzeć w przyszłość spokojnie”. Wobec porażki utworzenia sojuszu polsko-litewsko-białorusko-ukraińskiego, jedyną drogą do osłabienia Rosji Sowieckiej pozostawało popieranie tlących się jeszcze konfliktów narodowościowych. Oprócz Tatarów utrzymywano kontakty z emigracyjnymi politykami gruzińskimi. W Sztabie Generalnym zajmowali się nimi Wacław Jędrzejewicz i Tadeusz Schaetzel, a w MSZ Juliusz Łukaszewicz i Roman Knoll, a po 1926 roku Tadeusz Hołówko.

   Decydujące bolszewickie natarcie na Gruzję nastąpiło w lutym 1921 roku. W 1920 roku bolszewicy podbili Azerbejdżan i Armenię, uzyskując w ten sposób dogodne bazy dla ofensywy przeciwko ostatniemu niepodległemu państwu na tych terenach. Mimo zaciętego oporu stawianego przez Gruzinów, bolszewicy uzyskali przewagę i w połowie marca 1921 roku obradujący w Batumi parlament gruziński na nadzwyczajnym posiedzeniu postanowił, że rząd republiki po opuszczeniu Gruzji będzie kontynuował swoją działalność na emigracji. Przeprowadzono także demobilizację armii, przy czym część oficerów i podoficerów miała udać się na emigrację z członkami rządu, aby kształcić się w szkołach wojskowych.

   Ostatecznie 19 marca 1921 roku opuścił Batumi na pokładzie francuskiego okrętu wojennego prezydent Noe Żordania z rządem. Do Konstantynopola ewakuowano ok. 700 oficerów i żołnierzy gruzińskich , w tym słuchaczy elitarnej Tyfliskiej Szkoły Podchorążych. Rząd gruziński zabiegał w różnych krajach o przyjęcie części Gruzinów. Latem 1921 roku do ministra spraw wojskowych gen. Kazimierza Sosnkowskiego z propozycją nieodpłatnego przyjęcia Gruzinów do polskich szkół wojskowych zwrócił się przewodniczący Komitetu Gruzińskiego w Warszawie Sergo Kuruliszwili. Wsparcia Gruzinom udzielił poseł RP w Turcji Władysław Baranowski. Decydujące było jednak poparcie Józefa Piłsudskiego. W efekcie 24 Gruzinów rozpoczęło w grudniu 1921 roku naukę w Szkole Podchorążych w Warszawie. W roku następnym przyjęto dodatkowo 22 Gruzinów. Większość z nich była słuchaczami wspomnianej Tyfliskiej Szkoły Podchorążych. 18 Gruzinów kontynuowało następnie naukę w Oficerskiej Szkole Piechoty, mieszczącej się również w Warszawie. Ponadto 10 gruzińskich absolwentów szkoły podchorążych ukończyło Centralną Szkołę Jazdy, przekształconą potem w Oficerską Szkołę Jazdy w Grudziądzu. Kilku ukończyło także Oficerską Szkołę Artylerii oraz Oficerską Szkołę Inżynierii.

   Gruzini w trakcie nauki w polskich szkołach oficerskich jako hospitanci nie wchodzili w skład Wojska Polskiego, gdyż początkowo nie przewidywano ich przyjęcia do polskiej armii, traktując całą akcję jako jednorazową pomoc. Dopiero w trakcie ich nauki w Polsce wskutek dalszych rozmów płk. Bobickiego w Konstantynopolu, uregulowano sprawę przyjmowania do WP obcokrajowców, co pozwoliło na podpisanie kontraktów z tymi Gruzinami, którzy ukończyli szkoły oficerskiej i zostali promowani na pierwszy stopień oficerski – podporucznika. Dla Gruzinów możliwość ugruntowania zdobytej wiedzy poprzez dalszą służbę w nowoczesnej armii, była sprawą priorytetową. Ostateczną decyzję o przyjęciu gruzińskich oficerów do służby w WP podjął minister spraw wojskowych gen. Kazimierz Sosnkowski, a Ministerstwu Spraw Zagranicznych nie pozostało nic innego jak zaakceptować tę decyzję.

   Równocześnie w Konstantynopolu Gruzini nalegali na przyjazd do Polski pewnej liczby swych oficerów wszystkich rodzajów broni i stopni, który mieli stanowić kadrę odrodzonej armii gruzińskiej. Podobnie jak w przypadku podchorążych, strona polska starała się uzyskać jak najwięcej informacji o kandydatach do służby w WP, aby zapobiec ryzyku przedostania się wśród nich np. agenta obcego wywiadu. We wrześniu 1922 roku do Warszawy przybyło 8 oficerów: 3 generałów, 1 pułkownik i 4 kapitanów, którzy zostali skierowani na odpowiednie kursy w Centrum Wyszkolenia Armii w Rembertowie. W kolejnych miesiącach przyjechało jeszcze kilkunastu oficerów gruzińskich oraz kilku z Azerbejdżanu. Po kilku miesięcznym przeszkoleniu zostali oni skierowani do różnych jednostek lub departamentów MSWojsk.

   Opuszczenie wiosną 1923 rok szeregów wojska przez marszałka Piłsudskiego, pozbawiło Gruzinów wsparcia gorącego orędownika bliskiej współpracy z mieszkańcami Kaukazu. Jego następcy w najlepszym razie nie wykazywali zapału w dalszym rozwijaniu tych kontaktów. Dla przeciwników kaukaskich koncepcji Piłsudskiego obiektem szczególnej niechęci stało się kilkunastu nie zakontraktowanych starszych stopniem oficerów, cieszących się znacznym autorytetem wśród swych rodaków. Pozbycie się ich dawało szansę na łatwe podporządkowanie pozostałych gruzińskich oficerów o niskich stopniach. Szef Sztabu Generalnego gen. Stanisława Haller – przy pełnej aprobacie ówczesnego ministra spraw wojskowych gen. Władysława Sikorskiego -  w listopadzie 1925 roku poinformował ich o wstrzymaniu wypłacania im pensji, z powodów rzekomo oszczędnościowych. Jednak zmiana na stanowisku szefa MSWojsk. w grudniu 1925 roku (nowym ministrem został gen. Żeligowski) doprowadziła do wstrzymania tej operacji. Ostatecznie w końcu 1925 roku jako oficerowie kontraktowi służyło w Wojsku Polskim 80 Gruzinów.

   Przejęcie władzy w wyniku zamachu majowego przez Józefa Piłsudskiego sprawiło, iż nie tylko ostatecznie zrezygnowano z planowanej redukcji, ale zwiększono liczbę kontraktowanych oficerów, w tym ww. najstarszych stopniem Gruzinów. Jednocześnie zlikwidowano ograniczenia w zakresie dostępności poszczególnych stanowisk dla oficerów kontraktowanych. Przyczyną tej zmiany była ich nieposzlakowania lojalność wobec Polski, a także bardzo wysokie kwalifikacje -  podczas pobytu w polskich jednostkach lub szkołach wojskowych w zdecydowanej większości cieszyli się dobrą, a nawet bardzo dobrą opinią swoich przełożonych. Równocześnie brali aktywny udział w życiu emigracji gruzińskiej w Polsce –członkami władz Komitetu Gruzińskiego byli gen. Zachariasze oraz pułkownicy: Bagration, Indzja oraz Kandełaki.

   Wspólną akcję niepodległościową narodów pozostających pod okupacją Sowietów określono mianem prometeizmu. W 1926 roku powstała Prometeuszowska Liga Narodów Uciemiężonych przez Rosją, w skład której weszli przedstawiciele Azerbejdżanu, narodów Północnego Kaukazu, Gruzji, Ukrainy, Kozaków Dońskich i Kubańskich, Tatarów Krymskich i Nadwołżańskich, Turkiestanu i trzech małych narodów ugrofińskich północnej Rosji.  W 1928 roku w Warszawie założono filię paryskiego  „La Promethee” – Klub Prometeusza.

   Wszyscy oficerowie kontraktowi do końca swej służby w Wojsku Polskim zachowali obywatelstwo ojczystych krajów, stad też jako obcokrajowcy w wypadku wybuchu wojny nie byli zobligowani do uczestniczenia w niej.

   W momencie wybuchu wojny ich kontrakty nie ulegały zerwaniu, lecz mogli nadal pełnić służbę na zapleczu, nie biorąc bezpośredniego udziału w walkach. Jednak wszyscy oficerowie kontraktowi w liczbie 101 żołnierzy, latem 1939 roku zgłosili chęć pełnienia służby w jednostkach frontowych armii polskiej. Jedynym spośród nich, któremu powierzono samodzielne dowództwo był płk. Roman Gwelesiani, który został dowódcą obrony Krakowa. Kpt. Wiktor Łomidze był zastępcą dowódcy stawiacza min „Gryfa”, i po śmierci dowódcy, przejął dowodzenie okrętem. Dowódcą jednego z trzech polskich dywizjonów artylerii najcięższej był mjr. Kumuz Hussejn,  a szefem sztabu Mazowieckiej Brygady Kawalerii mjr Veli Bek Jedigar. Także mjr Dymitr Szalikaszwili, ojciec generała Johna Shalikashvilego (przewodniczącego Kolegium Szefów Połączonych Sztabów USA w latach 90.), był żołnierzem elitarnego pułku szwoleżerów WP i uczestnikiem kampanii wrześniowej.

   W trakcie wojny polsko-niemieckiej 1939 roku oficerowie kontraktowi największą rolę odegrali w obronie Warszawy – ppłk Walerian Tewzadze był dowódcą odcinka „północnego”, obejmujące tereny od fortu Bema wzdłuż linii kolejowej aż po brzeg Wisły. Dowodzeni przez pułkownika polscy żołnierze ułatwili przejście do Warszawy resztek jednostek polskich przebijających się przez Puszczę Kampinoską po zakończonej bitwie nad Bzurą. Pod koniec obrony Warszawy ppłk Tewzadze dowodził siłami o równowartości wzmocnionej dywizji piechoty, a więc największym ugrupowaniem, jakie kiedykolwiek podlegało oficerowi kontaktowemu. Szef sztabu obrony Warszawy płk Tadeusz Tomaszewski w swoim wspomnieniach napisał, że płk Tewzadze „skromny, łagodny, dobry człowiek a jak krzemień twardy (…). Spełnił pokładane w nim zaufanie do końca mimo niezwykle trudnych warunków (…). Był wzorem pod każdym względem”. Za wykazane męstwo odznaczony został krzyżem Virtuti Militarii.

   Innym oficerem kontraktowym, który odznaczył się w czasie walk o Warszawę był mjr Aroniszydze, dowódca 2 batalionu 41 pp, obsadzającego bardzo ważny odcinek frontu – od Filtrów do stacji kolejowej Czyste. Mjr Aroniszydze przejął batalion po mjr Kaniowskim, który o mało co nie doprowadził do wkroczenia Niemców do Warszawy 9 września. Nowy dowódca błyskawicznie uporządkował zdemoralizowane dotychczasowymi walkami pododdziały  i energicznie dowodzony przez niego batalion, mimo poniesienia ciężkich strat, do końca zachował pełną wartość bojową.

aroszynidze

Meldunek z 25 września majora Artemiego Aroniszydze,

źródło: J. K. Wroniszewski "Barykada Września. Obrona Warszawy w 1939 roku",

Oficyna Wydawnicza RYTM, 2009

   W walkach na Pradze uczestniczył 2 pp „Obrony Pragi”, którego jednym z batalionów dowodził mjr Włodzimierz Siamaszwili, długoletni oficer 36 pp.

   Oficerowie kontraktowi uczestniczyli także w walkach z oddziałami sowieckimi. 13 dywizjon artylerii najcięższej dowodzony przez mjr Kumuza, wchodzący w skład grupy gen. Bilewicza został otoczony 19 września 1939 roku przez Sowietów pod wsią Dolna Kałuska. Gdy płk Jan Skorobohaty-Jakubowski nakazał kapitulację, mjr Kumuz nie podporządkował się temu rozkazowi i rozpoczął przedzieranie się ku granicy. W jej trakcie utracono wszystkie działa, jednak 25 pojazdów oraz większość żołnierzy z mjr Kumuzem przeszła Przełęcz Tatarską, przedostając się do Rumunii.

   Jednym z oficerów WP zamordowanych bezpośrednio na polu bitwy przez Sowietów był oficer 2 batalionu pancernego kpt. Ratiszwili.

   Uczestnikiem jednej z najbardziej niezwykłych akcji był kpt. Wiktor Łomidze. Znalazł się on w grupie 6 oficerów dowodzonych przez kmdra por. Hryniewieckiego, którzy 16 września 1939 roku na rozkaz adm. Unruga wyruszyli z Babiego Dołu na pokładzie kutra rybackiego „Albatros”. Mieli oni pomóc w ucieczce załodze internowanego w Tallinie okrętu podwodnego „Orzeł”. Po otrzymaniu wiadomości, że „Orłowi” udało się szczęśliwie opuścić Tallin, „Albatros” udał się do Lipawy, gdzie jego załoga  została internowana. Jednak wkrótce szóstce oficerów udało się uciec i po wielu perypetiach poprzez Szwecję i Norwegię, na początku 1940 roku dotarli do Wielkiej Brytanii.

    Znaczna część oficerów kontraktowych, którzy nie opuścili Polski, znalazła się w niewoli niemieckiej lub sowieckiej. Trzech spośród nich – mjr Mamaładze, kpt. Schirtładze oraz kpt. Rusjaszwili zostało zamordowanych w Katyniu. NKWD zamordowało także gen. Aleksandra Czcheidze.

   Gruzini przebywający w niemieckiej niewoli zostali zwolnieni w 1940 roku. Niemcy pragnęli wykorzystać ich antysowieckie poglądy do realizacji własnych zamierzeń na wschodzie. W kilku przypadkach udało im się osiągnąć cel, lecz zdarzały się również sytuacje, gdy po zwolnieniu z niewoli oficer natychmiast wstępował do ZWZ. I tak szefem sztabu 7 DP AK był ppłk „Tomasz” Walerian Tewzadze,  a mjr Veli Bek Jedigar kierował Wydziałem Kawalerii KG AK. W szeregach AK w walkach z Niemcami zginął m.in. kpt. Chundadze. Ofiarą niemieckich represji padł też kapłan Kolonii Gruzińskiej archimandryta Grigol Peradze, kierownik Katedry Patrologii Uniwersytetu Warszawskiego, zamordowany w Oświęcimiu w grudniu 1942 roku.

jedigar

kpt. Veli bek Jedigar

(djęcie za: http://www.polonia-baku.org/pl/losy.phtml)

   Kilkunastu b. oficerów kontraktowych uczestniczyło w walkach Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie. W Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich, a potem II Korpusie służyli m.in. ppłk Amilachwari (bohater walk pod El-Alamain), kpt. (potem mjr)  Somchjanc (dowódca batalionu w bitwie o Monte Cassino)  , kpt. Kiknadze oraz por. Dżawachiszwili.

   Także w powstaniu warszawskim walczyli Gruzini. W trakcie walk poległa Irena Schirtładze, pseudonim “Irka”, urodzona w Polsce w 1928 roku, córka kpt. A. Schirladze, zamordowanego w Katyniu.  Zginęła na służbie jako łączniczka batalionu “Parasol”. Niemcy zastrzelili ją, gdy biegła z meldunkiem na ulicy Ludnej. “Irka”, za swoje powstańcze działania, została odznaczona Krzyżem Walecznych. Spoczywa w kwaterze “Parasola” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

   Inni Gruzini walczący ramię w ramię z Polakami w powstaniu warszawskim to m. in. Artemi Aroniszydze, Micheil Rusziaszwili, Juri Alchazaszwili, Wano Babulaszwili, Giorgi Babulaszwili, Juri Babukaszwili, Elizabar Dżangdżawa, Giorgi Kuczawa, Nikolom Madeszwili, Juri Suszanaszwili, Ioseb Tamradze.  Istniał – wedle prasy powstańczej - nawet oddział złożony z Gruzinów, który operował m.in. na Powiślu.

   17 lipca 1944 roku w rozkazie dowództwa AK do oficerów z Kaukazu polecono im opuszczenie ziem polskich przed nadejściem Armii Czerwonej. W ww. rozkazie padły znamienne słowa: „bowiem liczymy się z możliwością porozumienia się z nadchodzącą Armią Czerwoną – a przecież Was im nie oddamy”. Ci jednak, którzy pozostali w Polsce stali się ofiarami represji ze strony komunistycznych władz. Mjr Matikaszwili został zmuszony do opuszczenia wojska. Wielu jego kolegów zostało wywiezionych do sowieckich łagrów. Ppłk. Tewzadze nie ujawnił się przed komunistami i pod zmienionym nazwiskiem, jako Walery Krzyżanowski zamieszkał w Dzierżoniowie i do końca życia (zmarł w końcu 1987 roku) używał przybranego nazwiska.

   Po wojnie wielu z dawnych polskich oficerów kontraktowych znalazło się na emigracji, gdzie utrzymywali bardzo żywe kontakty z polskimi środowiskami kombatanckimi.

   Dzięki decyzji Józefa Piłsudskiego polskie siły zbrojnie II Rzeczpospolitej pozyskały kilkudziesięciu dobrych oficerów, którzy udowodnili swoją lojalność w stosunku do „drugiej” ojczyzny w trakcie walk w czasie II wojny światowej.

                                                                                                       Godziemba

Wybrana literatura:
M. Porwit – Obrona Warszawy. Wrzesień 1939. Wspomnienia i fakty.
L. Głowacki – Obrona Warszawy Modlina na tle kampanii wrześniowej
Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej
W. Bączkowski – Prometeizm na tle epoki. Wybrane fragmenty z historii ruchu
W 50-lecie powstania Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie

   

Terror OUN w 1930 roku

Na przełomie 1929 i 1930 Julian Hołowiński, komendant krajowy OUN otrzymał polecenie wszczęcia akcji sabotażowej i terrorystycznej w Małopolsce Wschodniej. 

Czynniki historyczne spowodowały wytworzenie się wśród Ukraińców wyraźnych różnic politycznych i kulturowych. Ich zewnętrznym wyrazem była granica wyznaniowa, biegnąca wzdłuż tzw. kordonu Sokalskiego. W parze z odmiennością wyznaniową szły także różnice w poziomie uświadomienia narodowego, aktywności życia kulturalnego i politycznego. Ziemie byłego zaboru austriackiego spełniały w II RP rolę głównej siedziby ukraińskich prądów nacjonalistycznych, stanowiły też zasadniczy teren działania najniebezpieczniejszego dla państwa polskiego ruchu terrorystycznego.

   

Kreml a zamach majowy

Celem Związku Sowieckiego w 1926 roku było wykorzystanie kryzysu politycznego w Polsce do trwałej destabilizacji II RP.

W 1924 roku po porażce niedoszłej rewolucji w Niemczech, bolszewicy skoncentrowali się na destabilizacji Polski. W połowie grudnia 1925 roku Stalin stwierdził, iż jeżeli po wojnie francusko-pruskiej z lat 1870-1871 problem Astazji i Lotaryngii stanowił punkt zapalny w ówczesnych stosunkach międzynarodowych, to po traktacie wersalskim była nią Polska z problem górnośląskim, „korytarzem pomorskim”, Wołyniem, zachodnią Białorusią i Wilnem.

Główna rola w tych destruktywnych działaniach miała przypaść Komunistycznej Partii Polski, finansowanej i sterowanej z Moskwy. W sierpniu 1924 roku Biuro Polityczne RKP(b) postanowiło podwyższyć dotację dla KPP o 140 tysięcy rubli w złocie. Dmitrij Munuilski, bliski współpracownik Stalina tak określał zadania stojące przed KPP: „Obecna imperialistyczna Polska to ropiejący wrzód na Wschodzie, państwo, którego przeznaczenie polega na odizolowaniu rosyjskiego proletariatu od niemieckiego oraz na powstrzymaniu rozwoju ruchu rewolucyjnego nad Berezyną. Właśnie dlatego likwidacja kapitalistycznej burżuazyjnej Polski, przekształcenie jej w robotniczo-chłopską i sowiecką stanowi obecne zadanie całego proletariatu międzynarodowego”. I dalej precyzował: „po pierwsze, powinniśmy dążyć do rozerwania państwa polskiego wzdłuż szwów narodowościowych, nie dając mu czasu na umocnienie i ustabilizowanie się. Jednocześnie musimy realizować to zadanie w taki sposób, aby nie odpychać od siebie szerokich warstw pracującej rdzennie polskiej ludności”.

Pomysł, aby za pomocą konfliktów etnicznych zdestabilizować, a następnie robić Polskę, wynikał z tego, że stan Armii Czerwonej nie pozwalał na przeprowadzenie bezpośredniej kampanii wojennej.

24 kwietnia 1926 roku został zawarty tzw. traktat berliński między Niemcami a Związkiem Sowieckim, który potwierdzał postanowienia z Rapallo, zacieśniał współpracę gospodarczą oraz wojskową między Moskwą a Berlinem. W Warszawie obawiano się, że jego tajne klauzule określały dążenia obu polskich sąsiadów do zniszczenia II RP.

Na przełomie 1925 i 1926 roku Polska przeżywała ciężki kryzys polityczny i gospodarczy – wojna handlowa z Niemcami, wzrost bezrobocia, zakwestionowanie polskich granic w Locarno, zdawały się zagrażać samemu istnieniu państwa polskiego. Pogłoski o spiskach - prawicowych, lewicowych, projektach zamachu stanu podgrzewały nastroje społeczne. Na początku 1926 roku wydawało się wręcz, że w Polsce dojdzie do wojny domowej pomiędzy Piłsudskim, pozostającym od 1923 roku na emigracji wewnętrznej, a partiami tworzącymi rząd.

W Moskwie z dużymi nadziejami śledzono rozwój wypadków w Polsce. Ewentualna wojna domowa mogła zakończyć się nowym rozbiorem kraju, w którym bolszewicy mieli zamiar uczestniczyć. 25 marca 1926 roku Biuro Polityczne WKP(b) powołało Komisję do spraw Polskich, której przewodniczącym został Zinowiew, a nie mniej ważnym członkiem był szef GPU – Feliks Dzierżyński.

pilsudskinamoscie

W KPP przeważała opinia, iż należy poprzeć Piłsudskiego, który był w stanie powstrzymać zamach faszystowski. „Jednym słowem – pisał Adolf Warski w memorandum do KC KPP z końca marca 1926 roku – mamy narzucić się Piłsudskiemu na sojusznika, podsunąć mu program, nadać mu rozpęd i wszystko to na to, by nadać rozpęd masom”. I następnie wskazywał, iż „naszym zadaniem jest zrobić Piłsudskiego Kiereńskim. (…) Zdecydowanie, energia postępowania nie tylko uratuje robotników i chłopów od zguby (…), ale zapewni zwycięstwo pracujących mas”. Oczywiście poparcie Piłsudskiego miało być jedynie wstępem do ustanowienia rządów bolszewickich w Polsce.

W Moskwie początkowo nie wiedziano, jaką postawę winna zająć KPP, jednak na początku kwietnia przeważyło zdanie, iż Piłsudski jest mniejszym złem, choć Dzierżyński nawoływał do ostrożności oraz wyrażał wątpliwość, czy „Piłsudski odważy się sam na wojnę domową i czy nie dojdzie po łatwym zamachu stanu do ugody między endecją, PPS a Piłsudskim”. W zaleceniach Biura Politycznego KPP dotyczącego podejmowania rozmów z przedstawicielami Piłsudskiego chodziło również o to, by w odpowiednim momencie, poprzez ich ujawnienie, można było zdyskredytować marszałka w oczach opinii publicznej. Henryk Walecki otwarcie wnioskował iż „należy wziąć pod uwagę ewentualność, że w pewnym momencie opłaci się wsypać Piłsudskiego, wykorzystując jego związki z nami i mieć na niego materiał kompromitując go w oczach zwolenników lub opiekunów”. Marszałek nie przystał jednak na żadne bezpośrednie rozmowy z KPP.

Komunistom nie udało się wywrzeć żadnego wpływu na bieg wypadków w Polsce w maju 1926 roku. Jeszcze 19 maja w Moskwie żywiono nadzieję, że przewrót majowy przekształci się jednak w wojnę domową. W tym dniu Zinowiew opracował wytyczne dla KPP na wypadek „wzrostu ruchu mas oraz zaostrzenia wojny domowej pomiędzy zwolennikami Piłsudskiego a jego przeciwnikami”. W projekcie rezolucji wspomniano, iż „polityka neutralności byłaby niedopuszczalna dla naszej partii. Poparcie dla Piłsudskiego jest również niedopuszczalne” . Wskazywano więc, iż oświadczenie KPP o poparciu dla wojsk Piłsudskiego było poważnym błędem politycznym, gdyż „nawet jeżeli komunistyczna partia nie mogła na początku organizować ostrych wystąpień przeciwko Piłsudskiemu, z tego wcale nie wynika, że powinna była zadeklarować poparcie dla jego wojsk”. Jednocześnie jednak zalecano, by „nie czyniąc na razie ostrych ruchów przeciwko Piłsudskiemu, należy pchać jego rząd ku odwołaniu się do szerokich warstw społeczeństwa oraz zaostrzać nasze hasła jedynie w miarę wzrostu ruchu w masach i zaostrzenia wojny domowej pomiędzy piłsudczykami a jego przeciwnikami”.

Uznanie 20 maja 1926 roku przez Biuro Polityczne WKP(b) błędu polskich towarzyszy pozwoliło Stalinowi obarczyć odpowiedzialnością za to Zinowiewa, który dopuścił do przedstawienia Piłsudskiego jako antyfaszysty, a jego środowiska jako ruchu rewolucyjnego. Równocześnie bolszewickie politbiuro nakazało „rozpocząć bezpośrednią kampanię demaskującą Piłsudskiego wraz z jego rządem, zaznaczając, że Piłsudski w rzeczywistości utworzył jednolity front z faszystami do walki z robotnikami i chłopami”. Od tej pory Piłsudski miał być więc określany mianem „faszysty” i „podżegacza wojennego”.

W przemówieniu w dniu 8 czerwca 1926 roku Stalin przypominając błąd popełniony przez KPP, wskazał, iż „w rzeczywistości w Polsce toczy się obecnie walka pomiędzy dwoma odłamami burżuazji: odłamem wielkoburżuazyjnym z Poznaniakami na czele i odłamem drobnomieszczańskim z Piłsudskim na czele. Celem walki jest wzmocnienie, stabilizacja państwa burżuazyjnego, a nie obrona interesów robotników i chłopów oraz interesów uciskanych narodowości”. Jednocześnie wyraził nadzieję, iż kryzys ekonomiczny oraz konflikty polityczne „doprowadzić muszą w Polsce do bezpośrednio rewolucyjnej sytuacji”.

Daremnie jednak Stalin i jego towarzysze czekali na rozpad Polski. Piłsudski zniweczył komunistyczne nadzieje na rozkład państwa, wojnę domową, „rewolucję chłopską”, a tym samym na „rewolucyjną irredentę”.

W tych warunkach na Kremlu pojawił się mit o rzekomych wojennych planach Marszałka w stosunku do ZSRS. Twórcą mitu „polskiego zagrożenia” był Dzierżyński, który w czerwcu 1926 roku w liście do swego bliskiego współpracownika, Henryka Jagody, podkreślał, iż „przewrót Piłsudskiego, co jawi mi się oczywiste w tej chwili, jest przejawem nacjonalistycznych sił w Polsce skierowanych przeciwko , czyli nam, w całości popartych przez Anglię. Dlatego niewątpliwie powinniśmy cały wysiłek skierować na przygotowanie do obrony. Obiektem podboju Polaków będą Białoruś i Ukraina, odpowiednio Mińsk i Kijów jako ich stolice”. Z kolei w liście do Stalina przestrzegając przed planami wojennymi Polski, wskazywał, iż „w tym czasie w naszym kraju, w szerokich kręgach, panuje niefrasobliwy nastrój. Musimy dać wytyczne RWS-owi [Rewolucyjnej Radzie Wojennej] w tej sprawie, a także zbadać stan Armii Czerwonej: nastroje, aprowizację oraz naszą gotowość mobilizacyjną i ewakuacyjną”.

Szef GPU obstawał przy swoim zdaniu, mimo, iż raporty wywiadu bolszewickiego jednoznacznie dowodziły, iż „Polska nie jest przygotowana do prowadzenie samodzielnej wojny z ZSRS”, a Warszawa nie wysuwała żadnych pretensji terytorialnych wobec swego wschodniego sąsiada.

Podnoszenie przez sowiecką propagandę rzekomego polskiego zagrożenia miało na celu nie tylko zmobilizowanie partii w sytuacji zaostrzającego się kryzysu wewnętrznego, ale także stworzenie pretekstu do zakrojonych na olbrzymią skalę zbrojeń.

 Wybrana literatura:

Przewrót majowy 1926 roku w oczach Kremla

W. Materski – Na widecie. II Rzeczpospolita wobec Sowietów 1918-1943

 B. Musiał – Na zachód po trupie Polski

 W. Roszkowski – Najnowsza historia Polski

 

   

Strona 1 z 4

Napisałeś/aś artykuł? Znasz nieopublikowaną dotąd anegdotę, cytat, ciekawostkę? Znalazłeś/aś w sieci wartościowy materiał lub stronę? Posiadasz archiwalne zdjęcia bądź pamiątki? Napisz do nas, pomóż w budowie portalu.
Copyright © 2006-2010 ISSN 1899-8348 Komendant, Naczelnik, Marszałek. Józef Piłsudski i jego czasy.
(e-mail: redakcja portalu | administracja modułów społecznościowych | inne formularze kontaktowe)
stat4u